Życie może być przepiękne!

O działaniu w zgodzie ze Słowem Bożym, choć czasem wbrew emocjom, o Bogu, który się troszczy i o jezuickim czytaniu Pisma opowiada Kamil „Setnik” Zbozień, przedsiębiorca, lider, właściciel i współtwórca RTCK.

Wierzysz Słowu Bożemu?

Staram się wierzyć mu najbardziej. Nie ma dla mnie nic bardziej pewnego i pokrzepiającego niż Słowo Boże; ono jest dla mnie pewnikiem, a szczególnie to, co Pan Jezus powiedział czy powtórzył.

Ile czasu dziennie masz na Pismo Święte?

Jakieś piętnaście minut. O szóstej trzydzieści jestem na mszy i tam słyszę czytania. Później o dwunastej mamy Anioł Pański, a przed nim czytamy Ewangelię – to znaczy ja ją zawsze czytam. Wieczorami jest różnie: dawniej miałem taki nawyk, że robiłem półgodzinną medytację, ale teraz, kiedy mam dzieci, już nie udaje mi się codziennie. Od kiedy mam rodzinę, zdecydowanie mniej czytam Pismo; czasem w ciągu tygodnia chodzę dłużej z jakimś fragmentem.

To z czym chodzisz ostatnio?

Z wersetem z Psalmu 37.
Teraz, podczas Tygodnia Biblijnego, w naszej wspólnocie były przygotowane karteczki z fragmentami Pisma; tak z tysiąc karteczek. Każdy mógł sobie wylosować. W niedzielę wyciągnąłem karteczkę: Ps 37, 4. Potem podszedłem z moją córką, Łucją – a ona wyciągnęła karteczkę z tym samym wersetem. Przyszedłem w poniedziałek, wyciągam karteczkę: inny kolor, inny rozmiar – i to samo: Ps 37, 4. „Raduj się w Panu, a On spełni pragnienia twojego serca”.

Więc chodzę i medytuję ten werset. Staram się i wierzyć, i z całych sił złapać się tego, co tam jest napisane. A dzień jest taki, że są wszelkie przesłanki do tego, że powinienem być strapiony. I czuję już, jak mnie Zły podrzuca: popatrz na to, powinieneś być strapiony! Jak mnie zachęca, żebym wchodził w strapienie. A ja cały czas z tym fragmentem: raduj się w Panu, a On spełni pragnienia twojego serca. A jak tu się radować, jak nie ma się z czego radować? Kiedy okoliczności nie sprzyjają radowaniu? Ale tak wierzę temu słowu, że na przekór wszystkiemu chcę się radować; nie sztucznie, tylko naprawdę. I staram się iść za tym, wierzyć bardziej słowu, niż wszystkiemu innemu.

Kamil_Zbozień wywiad

I to działa?

Tak! Chociaż nie masz podstaw do radowania się, Pan Ci powiedział: raduj się, a Ja spełnię twoje pragnienia. Więc człowiek się raduje jakby wbrew radości – i pojawia się radość. Serio. To często działa jak z automatu, tylko najpierw trzeba wejść w stan tej radości, nie czując jej. To takie działanie ponad emocjami: robić tak, jak słowo podpowiada, a nie tak, jak podpowiadają emocje. No i jak się już w to wejdzie, to radość przychodzi natychmiast. Niby zewnętrznie nic się nie zmienia, ale duchowo – bardzo dużo, i nie tylko duchowo, bo słowo wpływa też na wszystkie inne sfery życia.

Na przykład na sferę podejmowania decyzji?

Jeśli mówimy o poważnych decyzjach, to staram się je równie poważnie rozeznawać i korzystam z modelu św. Ignacego – ostatnio opublikowałem go nawet na facebookowym profilu Setnika. Podejmowałem ostatnio decyzję i byłem już przy ostatnim punkcie, czyli modlitwie. Wybierałem się na adorację, ale przed adoracją poszedłem sobie jeszcze na mszę. I wchodzę na mszę z takim pragnieniem: no, Panie Jezu, potwierdź mi to jakoś, może dasz mi jakieś słowo z czytania? I zaraz na początku ksiądz czyta werset: „żywe jest Słowo Boże i skuteczne, zdolne rozsądzić pragnienia i myśli serca”. Więc ja na to: wow, to pewnie zaraz dostanę tak precyzyjne słowo, że od razu będę wiedział.
No i nie dostałem nic. Kompletnie nic. Tylko to pierwsze słowo, które mnie tak poruszyło: że Pan Jezus jest w stanie rozsądzić pragnienia i myśli serca. Natomiast to rozeznanie, które jest ostatnim krokiem w modelu Ignacego, musiało się we mnie samym dokonać, nie dostałem żadnego znaku cudownego. Rozeznałem to rozumowo, wziąłem plusy i minusy. Ignacy między innymi radzi, żeby w wątpliwościach nie dokonywać wyboru. Jak się czuje niepokój, żeby nie decydować. I to jest dla mnie ważne: że Pan Bóg mówi albo przez pokój serca, albo przez niepokój. Ale nigdy nie jest tak, że wszystkie okoliczności i rozum mówią mi, żeby coś zrobić, a Pan Bóg mówi, że nie: to jest zawsze spójne.

Jesteś szefem swojej firmy, liderem, przyzwyczajonym do samodzielnego zarządzania. Jaka w tym kontekście jest Twoja relacja z Panem Bogiem?

To znowu dobrze pokazuje moja ulubiona postać z Ewangelii, czyli setnik. Setnik wierzył w to, że Pan Jezus jest w stanie uzdrowić jego sługę, że to Jezus jest Panem, najwyższym jego zwierzchnikiem. Przyszedł do Jezusa i powiedział, że ma żołnierzy, ale sam też podlega władzy i wie, że Jezus ma najwyższą władzę; na co Pan Jezus mu odpowiedział, że jeszcze u nikogo w Izraelu nie spotkał takiej wiary. Dlatego jest mój ulubiony – bo ja też tak uważam. Jestem podwładnym, bo moim przełożonym jest Stwórca. Pomimo tego, że tutaj w świecie nie mam już nad sobą żadnego szefa, uważam, że tym ostatecznym szefem jest Pan Jezus. To On jest ze mnie albo dumny, albo nie; On mi daje jakąś misję – albo jej nie daje. Albo w czymś błogosławi, albo nie błogosławi. Dlatego w życiu zawodowym ten fragment o setniku jest dla mnie najważniejszy, bo to ktoś, kto jest liderem, ale ma pełną świadomość, że jest jeszcze nad nim „lider ostateczny” – Pan Jezus.

Jak czytasz Pismo Święte?

Po jezuicku. Usłyszałem kiedyś taką radę od jezuitów, że jak się przerabia jakiś fragment, to trzeba się zatrzymać nad tym, co najbardziej porusza nasze serce. I tak się staram robić. Najpierw czytam fragment, przeważnie Ewangelię z dnia, do niej czytanie, psalm;  patrzę, co mnie poruszy i nad tym siedzę. Najpierw się zastanawiam, dlaczego mnie poruszyło, bo czasem to wiem, a czasem nie. Czasem się z tym zmagam, bo nie rozumiem, więc szukam w innych fragmentach, odnośnikach, pogłębiam temat, ale ciągle zatrzymuję się nad tym, co mnie poruszyło. Wchodzę w słowo z całym swoim życiem – to też coś, czego się nauczyłem od jezuitów: żeby wchodzić w czytanie słowa ze wszystkimi swoimi przeżyciami, emocjami, z tym, co się we mnie dzieje, bo wtedy to, co mnie porusza, jest trochę odpowiedzią na ten mój stan, darem na ten czas. I tak przeżuwam ten fragment.

Czasami jest takie słowo, które jest pewnego rodzaju zadaniem, wskazówką, misją. Czasem jest pokrzepieniem, że Pan Bóg jest ze mną. Takim pocieszeniem w chwili strapienia, bo strapienie polega na tym, że się nie czuje obecności Pana Boga. Myśli się, Pan Bóg mnie opuścił. No wiadomo, że nie opuścił, ale człowiek tak przeżywa, jakby Pana Boga z nim nie było, jakby się obraził. I wtedy, jak On przychodzi w słowie z takim pokrzepieniem, przyjmuję to jako dar i nic innego się nie liczy.

Zawsze tak jest?

Nie, bo czasami do niczego nie dojdę i wychodzę z takim poczuciem, że w ogóle nie wiem, dlaczego ten fragment mnie poruszył i się trochę wkurzam, że nic nie wiem. I dopiero później, w jakimś kontekście, przy jakimś spotkaniu przychodzi odpowiedź. Usłyszałem kiedyś taką wskazówkę, to z książki ks. Wonsa „Jak żyć Słowem Bożym na co dzień” – że jeżeli słowo do ciebie przychodzi później, przypominasz sobie o nim, to bądź pewien, że Duch Święty chce ci coś przez nie podpowiedzieć. Więc odpowiedź przychodzi w różnych okolicznościach, czasem niespodziewanych, czasem dopiero po jakimś czasie. Ale też się staram żyć tym, że słowo nie jest bezowocne. I nawet jeśli w danym dniu nie przyniosło od razu owocu, to wierzę, że gdzieś tam kiełkuje i w odpowiednim czasie ten swój owoc wyda.

A jakie są owoce?

Na przykład poczucie bezpieczeństwa. W trudnych chwilach przypominam sobie ten fragment, w którym Pan Jezus siedzi sobie na łodzi spokojnie i ogarnia rzeczywistość – i on daje mi takie poczucie, że Pan Bóg jest i zna wyjście z tej trudnej sytuacji, chociaż ja go jeszcze nie widzę. Ale jeśli będę blisko, to też je znajdę.

Z kolei pierwszy mój owoc, z mojego pierwszego czytania w życiu, to pewność, że Pan Bóg, Król wszechświata, który zna wszystkich i może wszystko, troszczy się o mnie. To była dla mnie najwspanialsza nowina na świecie. Czytałem fragment z Mateusza o liliach, ubranych lepiej niż Salomon w całym swoim przepychu. I ten fragment kończy się tak: jeżeli On się tak troszczy o te lilie, to czy nie bardziej o nas, małej wiary. Zrozumiałem wtedy, że mam Mistrza, któremu tak bardzo na mnie zależy.  Mając takie oparcie, człowiek czuje takie bezpieczeństwo, pokój serca, szczęście, że to jest niesamowite. Takie są owoce. Tym się staram żyć.

Mówisz o pierwszym czytaniu w życiu. To jak się zaczęło?

Zwyczajnie. Kiedy byłem na studiach, latałem do Stanów, żeby sobie zarabiać na te studia. Był tam ze mną taki kolega, który niemal codziennie chodził do kościoła i czytał Pismo Święte. Ja byłem wtedy przygnieciony przeciętnością; w każdym wymiarze czułem, że moje życie jest po prostu przeciętne. A zawsze pragnąłem ponadprzeciętności. Po prostu: pragnąłem być szczęśliwy, a nie byłem. I zmierzałem drogą przeciętniaka, jak to się mówi – byleby się na czyściec załapać. Wychowałem się na pragnieniach, żeby grać w koszykówkę, żeby być zawodnikiem, naoglądałem się bohaterskich postaw w amerykańskich filmach – wiesz, każdy facet chce być bohaterem, zrobić w życiu coś, co ma sens. A moje życie, gdzie by nie popatrzeć  – no po prostu przeciętne! Moje studia -przeciętne. Byłem na informatyce, bo po niej miała być praca. To była taka moja trauma: moja mama, z zawodu krawcowa, uwielbiała szyć, to była jej ogromna pasja, mój tata – policjant, taki trochę gliniarz jak z filmów amerykańskich, a ja – informatyk bez pasji… Mój związek – przeciętny. Akurat gdy byłem w Stanach, to się rozsypał. Nastąpił taki zbieg różnych wydarzeń, które spowodowały, że z tym kolegą sięgnąłem po Pismo Święte. Czytaliśmy je w pokoju we dwóch, a ja sobie tylko myślałem, żeby nikt nie wszedł, bo pomyśli, że zwariowaliśmy. Tak się zaczęło.

Jak wróciłem do Polski, dostałem od kolegi tę książkę ks. Wonsa: „Jak żyć Słowem Bożym na co dzień” i ją pochłonąłem. Wiesz, ja nigdy nie czytałem książek, bo to była dla mnie taka nuda, a tu pół książki przeczytałem w jedno popołudnie i czułem, że ją rozumiem. I tak mi to wchodziło, tak mi to smakowało… Potem zacząłem czytać Pismo Święte. No i jak przeczytałem tego Mateusza o liliach, stwierdziłem, że jeżeli to jest prawda, co tam jest napisane, to życie może być po prostu przepiękne! I tak się stało: że życie jest cudowne ze Stwórcą. Jak On mówi, że się zatroszczy jak o te lilie, to mówi prawdę. Z Nim można naprawdę być szczęśliwym.

Rozmawiała Marta Łysek

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s