Zrobiliśmy notes, bo zależy nam na Ewangelii

Ta historia zaczyna się w lutym 2019.

Zimno, ciemno, dużo roboty, bo na Wielki Post przygotowujemy notes do Ewangelii Marka. Pamiętasz go? To coś zupełnie nowego, czego jeszcze nie ma, a ludziom brakuje: Ewangelia z miejscem na notatki i inspiracją do jej rozważania. Cała. Na wynos. Przymierzaliśmy się do wykorzystania części komentarzy z bloga już dawno; marzyło nam się, że znajdzie się wydawca, ale przy wstępnych rozmowach jakoś z nikim nie zaiskrzyło. Szukanie wydawnictwa, które weźmie nasz pomysł i zrealizuje go zgodnie z oryginałem, biorąc na siebie wszystko: produkcję, dystrybucję, koszty i ryzyko – to przedsięwzięcie, która wymaga dużo czasu i energii, a nikt z naszej ekipy nadmiarów jednego ani drugiego nie miał.
Więc w końcu oznajmiłam Szefowi:
– Odpuszczamy temat. Jeśli to naprawdę Ty tego chcesz – załatw.

I zabraliśmy się za to, co było w zasięgu naszych możliwości: przygotowanie ładnego pdfa, który każdy może sobie wydrukować sam. Co sprawia, że wszystkie koszty i dystrybucja odpadają.

Więc jest ten luty. Robota idzie sprawnie, działamy dużą ekipą, sporo już zrobione. Na dwa tygodnie przed premierą, gdy notes czeka tylko na swój ostateczny kształt, rozmawiam z jednym z księży. I nagle, ni z tego, ni z owego ksiądz mówi:
– Wiesz, fajna sprawa, ale jakbyś chciała to zrobić tak naprawdę porządnie i przyzwoicie, to musiałabyś załatwić imprimatur.
– Aha – mówię tylko, bo nawet przez myśl mi to wcześniej nie przeszło. – To może spróbuję.
– Nie, w dwa tygodnie to jest niemożliwe, nie załatwisz, nawet nie zaczynaj.
I ma rację, kurczę.
Ale i tak natychmiast zaczynam się zastanawiać, jak by tu załatwić to imprimatur. Uda się albo nie, ale czemu nie spróbować? Chociaż… hmm. Imprimatur dla notesu z blogowymi komentarzami do Ewangelii, przygotowanego do drukowania w domu? Już widzę minę biskupa, który ma się pod tym podpisać.

Ale to mnie nie zniechęca – lubię wyzwania i lubię je zwłaszcza na Maluczko, bo Maluczko jest pomysłem Szefa i nigdy nie wiadomo, kiedy niemożliwe stanie się możliwe. Więc szukam. Z pomocą przychodzi znajoma, obiecuje udostępnić swoje kontakty, jeśli tylko uda się przekonać któregoś z cenzorów, żeby zaopiniował notes… w tydzień. Lecę na stronę kurii sprawdzać, czy ktoś by tam się nie znalazł, co się da przez telefon przekonać. Jest. Jeden, nawet dwóch.

Dzwonię.
Niedostępni.
Czas ucieka.

W międzyczasie dostaję informacje, że biskup jest na tak i potrzeba tylko cenzora. Dzwonię – dalej nic. Ale dociera do mnie, że jak imprimatur, to musi być porządniej niż zwykle, więc dobrze by było mieć tekst Ewangelii w jednym tłumaczeniu i bez pisemnej zgody na jego użycie się nie obejdzie. Więc łapię za telefon i dzwonię do paulistów.
Dzwonię i dzwonię, i przez godzinę – nic.
Dobra, dobra, zegar mi tu tyka, biskup czeka, gdzie jeszcze?
Z półki zerka na mnie niebieska Biblia – to może w Pallottinum? Tylko tam to pewnie ze dwa tygodnie będzie trzeba czekać na zgodę, to w końcu największy wydawca Pisma Świętego na rynku, jak nic mają setki takich próśb. Może jeszcze gdzieś?
Ale innego pomysłu nie mam.
Więc dzwonię.

W Pallottinum odbierają od razu. Przekierowują do księdza, który zajmuje się zgodami. On też odbiera od razu. A po przedstawieniu tematu mówi, że nie ma problemu, zgoda będzie, tylko na kiedy potrzeba?
Biorę głęboki wdech i mówię:
– A dałoby się… na jutro?
– Dałoby się, tylko niech pani wyśle mailem prośbę. I załączy jakiś opis i kilka stron projektu, żebyśmy widzieli, co to.
Wow! Jestem zdumiona, bo naprawdę nie sądziłam, że to się uda tak szybko. Panie Boże, Tobie też chyba zależy na tym imprimatur! Wysyłam więc mailem prośbę i próbkę, w międzyczasie obdzwaniam jeszcze cenzorów – wciąż bezskutecznie.

I nagle, rano – mail z Pallottinum.
„Zgodę wydamy, ale przedtem chciałbym jeszcze porozmawiać.”
Czuję lekką grozę.
„Ale”?

Skoro nagle takie zastrzeżenie, to znaczy, że na Maluczko jest gdzieś jakiś bubel, może herezja! Ale jaka? Gdzie? Raz jedna była, ale wyłapana na poziomie redakcji, innych nie pamiętam, a przecież przez mnie przechodzą wszystkie teksty… Najwyraźniej coś przepuściłam, w dodatku nie wiem co, i jak teraz się wybronię?
No a jak zgody nie będzie, to imprimatur też nie będzie. I co wtedy?
Sama już właściwie nie wiem, czemu jestem taka zdeterminowana. O wiele prościej byłoby odpuścić. Kto się spodziewa po pdfie stworzonym na podstawie bloga, że będzie miał imprimatur? Może to jednak przesada?
Ale jesteśmy już tak daleko… Nawet biskup na tak…
Byłoby szkoda.

Więc otwieram tego maila i odpisuję z duszą na ramieniu, że jestem do dyspozycji w każdym momencie.
I już za chwilę – telefon.

– Nie, z Maluczko wszystko w porządku i zgoda już jest, zaraz wyślę pani mailem. Tylko tak sobie pomyślałem… nie wiem, co pani na to… A może byśmy wydali razem książkę? Możemy wtedy na spokojnie załatwić imprimatur u nas…
Cooo? – myślę sobie, bo nie wierzę w to, co słyszę.
– Halo, jest tam pani?
A cisza się przedłuża, bo to jeden z tych rzadkich momentów, w których odbiera mi mowę.
No, to nam Szef załatwił.
Pallottinum!
Znam rynek wydawniczy w Polsce. Oglądałam go już z obu stron. To jest niemożliwe!
– Pssst – mówi Szef i mruga. Bo, parafrazując księdza Blachnickiego, jest tak: gdy z kimś współpracujesz, bierz pod uwagę możliwości obu stron. A gdy współpracujesz z Panem Bogiem… to słuchaj, czego On chce, i Mu po prostu nie przeszkadzaj mówieniem, że się nie da.

Po rozmowach z ekipą, pełnych niedowierzania i zachwytu, mówimy: tak.

Na Wielki Post wypuszczamy notes w formie pdf do druku – był obiecany, więc musi trafić do naszych czytelników. A po wakacjach zaczynamy intensywne prace nad wydaniem go we współpracy z Pallottinum. A dokładniej – nad wydaniem notesów do wszystkich czterech Ewangelii.
A jak!

Następne miesiące pracy nad notesem pokazują, że Pan Bóg wiedział najlepiej, w czyje ręce powierzyć ten projekt, by mógł z pliku do samodzielnego druku, udostępnionego kilkuset osobom stać się piękną publikacją łatwo dostępną w całej Polsce. Wszystko jest zadbane, każdy szczegół doszlifowany, a nasz wydawca wkłada w projekt tyle serca, ile my włożyliśmy.
To naprawdę jest rzadkość.

I w końcu jest grudzień.
I premiera. I radość, i satysfakcja, i zachwyt.
A przede wszystkim – dowód na to, że dla Szefa nie ma nic niemożliwego.
Realny, namacalny, można go wziąć do ręki.
Tak, ma imprimatur.

Notes1-Maluczko-3-okladka

 

A po co właściwie ten notes? Co można z nim robić?
Czym się różni od „zwykłej” Ewangelii?

Różni się… podawaniem jej chronologicznie, ale po kawałeczku, z krótkim, inspirującym i prostym komentarzem. Pisało je dziewięciu autorów: trzech księży, piątka teologów. Daliśmy radę! Ale wisienka na torcie to miejsce na własne notatki. To ono budzi najwięcej entuzjazmu. Bo dzięki niemu można w jednym miejscu pisać i rozważać Słowo i tym rozważaniem i pisaniem szukać Bożego światła, Jego propozycji dla mnie, Jego wskazówek, napomnień i zachęty. Można w nim notować Jego natchnienia, a potem mówić im „tak” i patrzeć, jak się spełniają. Można później do nich wrócić i odkrywać kolejne, ukryte w tym samym Słowie.

Duchowe czytanie robi się proste.
Bardzo nam na tym zależało.

Więc notes to proste, nowatorskie i świetne (tak nam mówią) narzędzie do budowania relacji z Panem Bogiem. Ma Ci pomóc w tym, żeby w Twoim życiu przez Słowo Boże działy się dobre rzeczy.
I żeby były dowody na Boże istnienie, działanie, troskę i miłość. Namacalne, bo ludzka pamięć jest bardzo ulotna.

Notes1-Maluczko-5-srodek

I jeszcze jedna rzecz, bo lubimy transparentność.

Notes kosztuje 19 zł. Nasza maluczkowa ekipa dostaje z tego dokładnie zero złotych. Dlatego, że to nie jest projekt, na których chcemy zarabiać. To projekt, którym chcemy usuwać wszystkie wymówki, które nie pozwalają ludziom czytać Ewangelii.

Mówią nam, że to nierozsądne. Że gdyby był z tego dochód, można by go przeznaczyć na jakiś kolejny maluczkowy projekt ewangelizacyjny. Może i by można. Ale po ludzku. A my tu mamy Szefa, który jest właścicielem zasobów nieograniczonych i jeśli zleci nam projekt, to nie ma mowy, żeby nie zadbał o jego finansowanie – jeśli takie będzie potrzebne.
No tak. Ale skoro Maluczko dostaje zero złotych, to wszystko dostaje wydawca? Tak. I to jest dobre i sprawiedliwe: w końcu to wydawca finansuje wszystkie etapy produkcji, których jest dużo, począwszy od redakcji i korekty, aż po druk i dystrybucję. I to wydawca bierze na siebie ryzyko finansowe, jeśli notes nie będzie tak rozchwytywany, jak nam się wydaje.

Choć sądząc z tej całej historii wokół notesu, której kawałek o imprimatur to tylko mały wycinek – mamy zaufanie, że rozchwytywany będzie.
Na tyle, na ile Szef zechce.
Jemu chwała.

P.S. Jeśli masz ochotę na swój egzemplarz, zapytaj w księgarni. Albo zajrzyj do sklepu naszego wydawcy:

https://www.pallottinum.pl/index.php?p=1066

 

Notes1-Maluczko-2

Jedna uwaga do wpisu “Zrobiliśmy notes, bo zależy nam na Ewangelii

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s