O nas

Maluczko: blog, na którym chcemy Ci pomóc codziennie czytać Ewangelię.
Inspirować się nią. Myśleć o niej w ciągu dnia.

Dlaczego?
Bo każdy kiedyś obiecuje sobie, że będzie codziennie czytać Pismo Święte.
A potem, kiedy już to postanowi – że to naprawdę będzie codziennie – nagle pojawiają się przeszkody.

A to nie wiadomo, od czego zacząć.
A to człowiek zostawia na później i nagle, zupełnie niespodziewanie robi się północ.
A to czytanie jest za trudne i trzeba by do niego jakiś komentarz, ale nie tak łatwo znaleźć dobry komentarz, a dziś mało czasu, więc lepiej zacząć jutro.

Słowem: jest taki jeden, co bardzo się stara, żebyśmy zaczynali czytać jutro. Albo wieczorem. Albo za chwilę. Byle nie teraz. Byle nie regularnie.

Chcemy mu trochę poprzeszkadzać.

O nas:

Trójka teologów, w tym jeden ksiądz: a konkretnie Małgorzata, ks. Rafał i Marta. Różni nas niemal wszystko, łączy miłość do Pisma. A przede wszystkim – do jego Autora.
No, i może jeszcze kawa.

Wpadnij do nas na Facebooka!

 

A skąd właściwie taki pomysł?

Opowiem Ci. Chcesz?

Jest styczeń 2017.
Mój najmłodszy syn ma sześć tygodni, a ja już tęsknię za pisaniem. Chciałabym pisać codziennie. Tylko o czym? O kupkach, zupkach i niepowieszonym praniu? Nawet na moim blogu o dzieciach nikt tego nie będzie czytał!

I nagle przychodzi mi do głowy myśl.
I taka trochę nie moja ta myśl jest.
A może pisać codzienny komentarz do Ewangelii?

Przecież jestem teologiem. Co chwila ktoś mi mówi, że chciałby czytać Pismo Święte regularnie, ale mu nie wychodzi. Po cichu marzy mi się, żeby inspirować innych do czytania Ewangelii. Mam rok wolny od pracy zawodowej. Może mogłabym założyć nowego bloga i pisać te komentarze, powiedzmy przez rok?

Siedzę i myślę, i słucham swojego serca.
I nagle czuję, że bardzo, ale to bardzo chcę.

Ale… codziennie?
Kiedy w nocy wstaję cztery razy?
Kiedy brakuje mi czasu na wszystko?
A przecież blog to nie tylko pisanie, jeszcze redakcja, edycja, szukanie zdjęć, publikowanie…
Fajny pomysł, Panie Boże, ale chyba na później.

– To może zaproś kogoś do współpracy.
O, nie! Tylko nie to! Nie cierpię wspólnych projektów. Przecież wiesz. Tyle razy się już zawiodłam. Wolę sama.
Tylko… Tylko sama nie dam rady. Nie teraz, nie z trójką dzieci.

– Dwie osoby wystarczą. W trójkę dacie radę.
Zaraz, zaraz. Czy Ty mi właśnie sugerujesz, Panie Boże, żebym poprosiła kogoś o pisanie komentarzy przez ROK? I to dwóch w tygodniu? Przecież nikt się nie zgodzi. A nawet jeśli, minie miesiąc, może dwa, a potem nastąpi spektakularny koniec. I będzie przykro i wstyd.
Zresztą kogo mam poprosić?
– Gosię poproś.
Dobrze, Gosię mogę zapytać. Jest teologiem, herezji nie będzie, pisać umie – i to jak. Ale ona już ma mnóstwo roboty.
– I Rafała.
Kogo?! Przecież to jest najbardziej zajęty ksiądz, jakiego znam! Trudno mu czasem odpisać na zwykłą wiadomość, a jeszcze mam mu wciskać w kalendarz pisanie dwóch komentarzy w tygodniu? Nie ma szans!
– Poproś, nie marudź.

Pół dnia biję się z myślami.
Boję się odmowy, że poczuję się odrzucona; a już się przywiązałam do tego pomysłu.

I w końcu – proszę.
Plączę się, stresuję, robię dygresje i tylko czekam, aż usłyszę „nie”.
Ale nie ma żadnego „nie”.
Zgadzają się oboje, niemal natychmiast.
Cieszę się prawie jak moja córeczka z urodzinowych klocków Lego: mam ochotę śpiewać i skakać z radości.

A potem, w ciągu dwóch tygodni mamy wszystko. Nazwę, wymyśloną przez moją mamę; stronę, logo, piękne zdjęcia gór, Facebooka. To najszybciej i najlepiej przygotowany blog, jaki robiłam.

Czy czegoś się boję?
Tak. Boję się, że źle oceniłam nasze możliwości i komentarze będą złe. Kiepskie. Słabe. Nic nie znaczące. I cała idea się posypie.
Bardzo się boję.

I wreszcie… wreszcie dostaję od mojej ekipy pierwsze teksty.
Jakie są?
Otwieram plik, ale idę najpierw zrobić sobie herbaty. I może pranie powieszę. Bo dalej się boję. Bo to moment, w którym wszystko się okaże! Może komentarze są do niczego. I nie będzie żadnego bloga.

W końcu biorę głęboki wdech – i czytam.
Czytam i czytam. I czuję, że przestaję się bać.
Komentarze są krótkie. Mocne. Dają do myślenia.
Po prostu – doskonałe.

Pierwszego lutego rusza Maluczko.
Pierwsze parę dni jest świetnie.
Potem trafiam z najmłodszym do szpitala.

O czwartej rano, niewyspana, zmęczona, zestresowana i zła, na zdychającym telefonie próbuję napisać niedzielny komentarz. Jeszcze nigdy tak źle mi się nie pisało. Wrzucam go na bloga z poczuciem, że jest do niczego. I że ja też jestem do niczego. Zamykam oczy na godzinę, a kiedy budzi mnie szpitalny poranek, dostaję wiadomość. Że świetne jest to, co robimy. Dobre i inspirujące. Że motywuje do codziennego czytania Ewangelii.

I tak będzie jeszcze wiele razy. Najpierw kryzys, brak natchnienia, spóźnione komentarze, pomysły, żeby odejść, zawalone dedlajny i zrywanie się o piątej rano, żeby wszystko połatać – a zaraz potem dużo dobrych słów. Które jasno mówią: warto robić coś dobrego dla innych, nawet jeśli bywa mocno pod górkę.

(Opowiadała Marta)